Na skróty. Maj 2020

Jestem na fali. Przeczytałam w maju 14 książek (czyli z dwa razy więcej niż przeciętnie). Specjalnie sprawdziłam Goodreads i tak dobrego miesiąca nie zanotowałam nigdy, a dodaję wszystkie przeczytane książki od 2012 roku (choć, okej, ze dwa razy liczba stron była większa). Poza tym w maju napisałam cztery posty (nieźle jak na mnie) i uruchomiłam stronę wyzwania "Czytam Europę". Sama jestem w szoku. Zrecenzowałam tylko jedną przeczytaną książkę (Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego), więc gdybym miała tu opisywać wszystkie pozostałe, to, znając mnie, zeszłoby mi do lipca. Zatem dzisiaj o wybranych książkach, o tych, o których... najlepiej mi się pisało ;)

Światy równoległe, Łukasz Lamża

swiatyrownolegle

Autor w zwięzły, przystępny sposób przedstawia teorie spiskowe, a potem, podając naukowe dowody, je dementuje. Niektóre teorie są dość dobrze znane (jak ta o płaskiej ziemi), inne mniej (jakoś ominęły mnie wcześniej trujące smugi zostawiane przez samoloty czy piersi powiększane pod hipnozą). Autor podchodzi do każdej teorii dość rzetelnie i choć nie brakuje tu okazji do śmiechu (moim faworytem jest pan, który bardzo szczegółowo obliczył wszystko, co powinno się znaleźć na arce Noego), to Lamża stara się nie skreślać niczego na starcie. Może się to wszystko wydać dość powierzchowne, bo książka i rozdziały są krótkie, wystarcza to jednak na szybką przebieżkę po temacie. Ja tylko mam wrażenie, że tak naprawdę chętniej przeczytałabym inną książkę o teoriach spiskowych, jakieś mądre rzeczy socjologiczno-psychologiczne, może reportaż z, dajmy na to, zlotu płaskoziemców (co pokazałoby mi, jak ci ludzie myślą). To nie jest taka książka, ale to nigdy nie miała być taka książka. Nie mogę mieć o to pretensji, a jednak trochę szkoda.

Bringing down the Duke, Evie Dunmore

bringingdowntheduke

To był bardzo wciągający romans historyczny. Wszystko tu ze sobą grało, wszystko było w punkt, wszystko działało jak należy i było na poziomie (czytaj: nie było ciarek żenady ani ubawu z czegoś, co w zamyśle nie miało być śmieszne). Bohaterów się lubi, akcja ma świetne tempo i książka ogólnie wciągnęła mnie okrutnie, cierpiałam męczarnie, gdy musiałam przerwać czytanie i przez całe osiem godzin siedzieć w pracy. Cóż. Akcja rozgrywa się w latach 70. XIX wieku, główna bohaterka należy do towarzystwa sufrażystek i (oczywiście) podczas agitacji wpadnie na jakiegoś przystojnego diuka... Wygląda na to, że autorka w następnych tomach będzie wydawać za mąż kolejne sufrażystki.

Niestety Bringing down the Duke zachęciło mnie do romansu historycznego i trafiłam na Lisę Kleypas z jej serią Wallflowers. W bardzo szybkim tempie przeczytałam dwa tomy i... chciałabym o nich zapomnieć. Pierwsza część sama w sobie też już była zła, ale dwie części razem były okropnie powtarzalne i po prostu koszmarne. Chyba nie chcę dalej eksperymentować, poczekam sobie na kolejną powieść Evie Dunmore.

Fizyka smutku, Georgi Gospodinow

fizykasmutku

Powtarza się tu motyw minotaura, a sama książka jest jak labirynt. Nigdy do końca nie wiadomo, dokąd zaprowadzi, bo fabuła skręca ciągle w coraz to nowym kierunku. Jeśli w ogóle możemy mówić o fabule, bo jest w tym coś z historii rodzinnej, ale jest też coś z eseju, a Georgi Gospodinow pisze urwanymi, często pozornie niełączącymi się, fragmentami. A jednak ostatecznie wszystko układa się w całość. Trudno powiedzieć, o czym Fizyka smutku właściwie jest, bo zdaje się być o wszystkim. Choć może najbardziej o czasie, bo Gospodinow nie tylko dużo się tu nad czasem zastanawia, ale też cała jego powieść to swoista kapsuła czasu, próba zatrzymania przeszłości. To mądra, zaskakująca książka, którą się czyta z dużą przyjemnością. Dużo tutaj trafnych obserwacji, dużo pięknych zdań. W sumie jedna z najciekawszych rzeczy przeczytanych w tym roku.

A Georgi Gospodinow jest Bułgarem i książkę czytałam w ramach mojego wyzwania Czytam Europę.

Moja siostra morduje seryjnie, Oyinkan Braithwaite

mojasiostramorduje

Pomysł jest dość ciekawy - siostra głównej bohaterki zadźgała nożem już trzech facetów. A że ogólnie jest raczej życiowo nieporadna, to za każdym razem dzwoni do Korede. A ta, jak to kochająca siostra, przyjeżdża pomóc. Czyli zmyć krew, posprzątać mieszkanie i pozbyć się ciała. Braithwaite całkiem ciekawie rozgrywa motywy siostrzanej (skomplikowanej) miłości, przemocy domowej, moralnych wyborów między prawem i kochanym mężczyzną a rodziną. Wszystko trochę na poważnie, a trochę nie, bo dużo tu takiego czarnego humoru. Ale ogólnie to jest bardzo lekka, rozrywkowa powieść (króciutkie rozdziały, jak migawki) i może dlatego, przez tę jej jakąś powierzchowność, czuję jednak mały niedosyt. Nie zapamiętam jej na długo, ale to w sumie fajna, oryginalna rozrywka. A, i akcja rozgrywa się w Lagos w Nigerii.

Pusty las, Monika Sznajderman

pustylas

Sznajderman pisze o swoich sąsiadach z łemkowskiej wioski w Beskidzie Niskim. O sąsiadach, których już nie ma. Przed wojną w Wołowcu mieszkało kilkaset ludzi, teraz mieszka osiemnaścioro, ci którzy przeżyli wojnę, zostali wysiedleni na Ukrainę albo, w ramach akcji "Wisła", gdzieś w Polskę. Trochę u Sznajderman historii, trochę wspomnień, trochę wrażeń z mieszkania w Beskidzie Niskim. Przede wszystkim jest Pusty las próbą znalezienia gdzieś w zakamarkach historii ludzi, których w Wołowcu już nie ma. Mądra, ważna, pięknie napisana książka.

Ale przeczytałam też: Raven Flight Juliet Marillier, 27 śmierci Toby'ego Obeda Joanny Gierak-Onoszko, Opowiadania bizarne Olgi Tokarczuk, Historię naturalną smoków Marie Brennan, Konszachty ze smokami Patrici C. Wrede, Czarownice Mony Chollet i Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego Jean M. Auel.

Na blogu pisałam też o: