A Court of Wings and Ruin (Dwór skrzydeł i zguby), Sarah J. Maas

acowar

Z Sarą J. Maas to jest tak - ja niezbyt szanuję jej książki, ale co z tego, skoro one mnie totalnie ogłupiają (i jest to dość przyjemne uczucie). Wciągają mnie jak bagno, wyrywają z rzeczywistości, sprawiają, że szaleję, przeżywam, czytam całymi dniami.  I nie ma co zaprzeczać, A Court of Wings and Ruin to była najbardziej wyczekiwana przeze mnie książka tego roku.

A Court of Wings and Ruin ma trochę wad. I nie chcę się za bardzo rozpisywać o tych, które nie są dla mnie nowe, o tym, że Maas pisze czasem w bardzo dramatyczny, kiczowaty sposób. O tym, że często w nosie ma zasadę show not tell i łopatologicznie stara się nam wkładać pewne rzeczy do głowy. O tym jak to wszyscy jej bohaterowie (ci pozytywni oczywiście) są najwspanialsi, najpotężniejsi, a do tego wprost zabójczo piękni. O tym, jak czasem stosuje efekciarskie, tanie zabiegi. To jest norma. Taki urok tych książek. Nie spodziewałam się, że Maas nagle wskoczy na nowy literacki poziom. W moim osobistym słowniku Maas mogłaby być definicją guilty pleasure. A Wy, sięgając po nią, może nastawcie się raczej na fajne fantasy niż na dobre fantasy. Tak tylko mówię.

Nie. Pomówmy konkretnie o ACOWAR.

Cieszyłam się każdą minutą spędzoną nad tą książką. Czysta przyjemność, gigantyczna radość czytania. Dwa dni, które poświęciłam głównie na ACOWAR były wspaniałe - najlepsza ucieczka od rzeczywistości, genialny sposób na poprawę humoru (przydało się). W połowie zaczęłam być lekko przerażona, bo zaczęło do mnie docierać, że niedługo skończę, że zaraz będzie po książce, na którą czekałam jak wariatka przez rok. Ja się zatem na pewno nie nudziłam, ale ACOWAR ma pewne problemy z tempem. Znaczna część pierwszej połowy jest trochę... niemrawa. Poza tym (właśnie na tym etapie fabuły) miałam wrażenie, że Maas trochę serwuje nam powtórkę z rozrywki. Pomyślcie o tych wszystkich rzeczach, które Feyre robiła w Dworze mgieł i furii, gdy była na Dworze Nocy. A teraz zacznijcie odhaczać wszystkie te, które robi też w ACOWAR (jasne, w innych okolicznościach, ale...). Wizyta na Dworze Koszmarów? Tak. Rzeźbiący w Kościach? Tak. Dalej nie wypisuję, ale zecz w tym, że był taki moment, że zdawało się, że Maas brakuje pomysłów, że duża część tego, co czytamy, to zwykłe wypełniacze (a do tego odgrzewane kotlety...).

Problem jest też taki, że tym razem dostajemy szczęśliwą, zakochaną parę w stałym związku, a dynamika takiej relacji jest po prostu inna. Ja ich wciąż uwielbiam, jasne, że tak. Ale po prostu tu nie ma już tego napięcia, więc (choć pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą) oni nie potrzebują już tylu scen razem. Nie potrzebują też tylu scen erotycznych, tym bardziej, że według mnie one są u Maas po prostu kiczowate. Ja wiem, że oni się bardzo kochają, że są cudowni i jeszcze, że (cytuję!) Rhysand jest najlepszym kochankiem, o jakim może marzyć kobieta*. Dotarło. Nie potrzebuję tu żadnych komplikacji, ale po prostu możemy przejść dalej. Nie musimy tak długo przystawać nad scenami, które i tak nie wnoszą już nic do fabuły. Jeszcze trochę, a mogłabym się zmęczyć Feyre i Rhysem. A byłoby szkoda.

Nie jestem też do końca usatysfakcjonowana samym zakończeniem. Jest trochę zbyt gładkie. Niby są poświęcenia, a tak naprawdę ich właściwie nie ma. Niby są emocje, ale... trochę puste. Poza tym Maas teoretycznie zamyka historię, a tak naprawdę zostawia czytelników z mnóstwem pytań. I nie, to może i nie są pytania, przez które nie będziecie mogli spać w nocy. To mnóstwo niejasności, drobnych (acz istotnych!) niedpowiedzianych kwestii. I czuję się z tym trochę dziwnie. Na pewno nie jest to cliffhanger, na pewno nie jest to otwarte zakończenie, a jednak ilość tych pytań sprawia, że nie jestem do końca usatysfakcjonowana, że czegoś mi tam brakuje. Wiem, będą spin-offy, będą następne książki, ale... trzeba będzie na nie jeszcze trochę poczekać. Maas chyba nie umie skończyć serii, nie potrafi domknąć wszystkich wątków i pożegnać się z bohaterami, dlatego będzie (być może w nieskończoność) dopisywać kolejne części. I tymi zostawionymi pytaniami wodzi czytelników za nos. Bo tak, pewnie, że ja przeczytam te zapowiedziane spin-offy.

Nie myślcie sobie, że skoro tak narzekam i narzekam, to mi się nie podobało. Podobało mi się. ACOWAR był świetną przygodą. Czytałam w napięciu, z ogromną przyjemnością, towarzyszyły mi duże emocje. Być może największym problemem A Court of Wings and Ruin jest to, że Dwór mgieł i furii był... za dobry. Mówi się często o "klątwie drugiego tomu", ale tym razem drugi tom wymiótł, wywrócił wiele rzeczy do góry nogami i po prostu porwał. ACOWAR nie ma w sobie tego elementu zaskoczenia, który miał ACOMAF. Tutaj niemal wszystko szło jak od linijki - dostaliśmy niemal dokładnie to, czego po tym finale można się było spodziewać. Ostatecznie A Court of Wings and Ruin jest dla mnie satysfakcjonującym zakończeniem bez większych fajerwerków.

Strefa spoilerów - kliknij