"Ruchomy zamek Hauru" Diana Wynne Jones

2 minuty czytania

Nieważne ile masz lat – osiem, szesnaście, czterdzieści czy siedemdziesiąt. Tak urocza baśń może zaczarować czytelnika w każdym wieku. Najpierw zakochałam się w pięknej animacji Miyazakiego, a teraz w tej czarującej książce. Film od powieści różni się naprawdę znacznie, ale i pierwowzór, i adaptacja są naprawdę świetne.

Sophie mieszka w małym miasteczku o nazwie Market Chipping w Ingorii. Wyrabia kapelusze (z którymi lubi sobie porozmawiać) sprzedawane w rodzinnym sklepie. Ma pecha, bo jest najstarszą z sióstr, więc wiadomo, że w jej przypadku nawet nie warto wyruszać na poszukiwanie szczęścia – i tak się nie uda. Nie pytajcie mnie, dlaczego w Ingarii panuje takie przekonanie – w każdym razie mnie, też najstarszej, nie napawa to zbytnim optymizmem. A raczej nie napawałoby, gdyby nie to, że Sophie, oczywiście, będzie musiała wyruszyć na poszukiwanie szczęścia i oczywiście je znajdzie (co daje mi pewną nadzieję). Bo oto niespodziewanie zjawia się Wiedźma z Pustkowia, która z niezrozumiałych początkowo względów rzuca na Sophie czar. I nasza młodziutka bohaterka zamienia się w starowinkę!

To zastanawiające jak rzucone zaklęcie zmienia osobowość Sophie. Może się przygarbiła, może potrzebuje laski, może dokucza jej reumatyzm, może jej twarz pokryła się zmarszczkami. Ale psychicznie Sophie jakby odżywa. Przed przemianą była nieśmiała, wycofana, wątpiła w swoje możliwości. Zamieniona w staruszkę musi wziąć sprawy w swoje ręce, walczyć o swoje. Sophie niespodziewanie staje się odważna, wygadana i nieco wścibska. I mamy już jeden, typowy dla baśni morał – zawsze walcz o marzenia, szukaj szczęścia, tobie także może się udać. Punkt wyjścia też jest bardzo schematyczny: ktoś zostaje zaczarowany i wyrusza w podróż, by odczynić zaklęcie. Diana Wynne Jones w wielu kwestiach nie sili się na oryginalność i w gruncie rzeczy przedstawia nam tradycyjną baśń. Siła książki tkwi jednak w szczegółach.

Sophie trafia bowiem do ruchomego zamku – siedziby czarnoksiężnika Hauru. A tam spotyka wiele bardzo ciekawych postaci. Sam Hauru ma w Market Chipping bardzo złą sławę – ponoć łapie młode dziewczęta i zjada ich serca. Plotki są jednak mocno przesadzone, bo Hauru co najwyżej serca łamie. Rozkochuje w sobie kolejne dziewczyny, które bardzo szybko rzuca. Poza tym jednak nie jest taki zły – za to nieco rozkapryszony i próżny. No i przed wyjściem spędza w łazience dwie godziny… Jest też jego uczeń, nastoletni Michael i oczywiście Kalcyfer – ogniowy demon, z którym Hauru zawarł pewien kontrakt. Sophie ma pomóc Kalcyferowi go przerwać i zostaje w ruchomym zamku pod pretekstem zrobienia tam generalnych porządków. Ale na tym przygody oczywiście się nie kończą, bo Hauru przy okazji umyka przed złą Wiedźmą z Pustkowia, a także musi odszukać zaginionego księcia Justyna.

To nie koniec atrakcji, bo w „Ruchomym zamku Hauru” pełno jest czarów, magicznych przedmiotów, niezwykłych postaci. To idealna książka, żeby oderwać się od rzeczywistości, z powrotem nabrać cichutkiej nadziei, że siedmiomilowe buty czy peleryny zmieniające twój wygląd, naprawdę istnieją. „Ruchomy zamek Hauru” czaruje swoim niezwykłym urokiem, śmieszy zabawnymi scenami. I przenosi do świata wyobraźni, czystej fantazji, pięknego zmyślenia. Język jest prosty, jak na książkę dla dzieci (ale nie tylko!) przystało, dialogi zabawne. Czyta się bardzo szybko, z przyjemnością i szerokim uśmiechem na ustach. Polecam Wam bardzo serdecznie i gorąco zapraszam do ruchomego zamku Hauru, gdzie niemal wszystko jest możliwe.

A okładka polskiego wydania jest o k r o p n a! Czy nie można było przedstawić ruchomy zamek z wersji Miyazakiego w całej okazałości, zamiast go rozmazywać i pokrywać napisami?

Obrazy pochodzą z filmu Hayao Miyazakiego pt. “Ruchomy zamek Hauru”.

ultramaryna