Regencyjna Plotkara w drodze na Netflix – Bridgertonowie Julii Quinn

Epoka regencji to krótki czas w historii Anglii, ledwie 10 lat. Dlaczego więc to najwyraźniej najlepszy, najlepszy okres na osadzenie romantycznej historii? Jasne, to czas wojen napoleońskich, ale to akurat nie bardzo zdaje się obchodzić autorki romansów. Przesadzam? Tylko trochę. Regencyjny romans uznaje się często za osobny podgatunek, a nagrody RITA (za którymi stoi stowarzyszenie Romance Writers of America) od 1985 do 2012 były przyznawane także w podkategorii Regency Historical Romance. I nie, nie było podkategorii „średniowieczny romans”, „romans z piratem” czy „szkocki romans” (a wierzcie lub nie, jest mnóstwo romansów ze Szkotami). Jednak regencja... regencja jest specjalna, bo austenowska. Tak romansową popkulturę ukształtowało ledwie sześć powieści napisanych ponad dwieście lat temu. I tak, za prekursorkę regencyjnego romansu uznaje się Georgette Heyer, ale Heyer w sposób oczywisty wzorowała się właśnie na Austen.

Podobno jeszcze w tym roku możemy się spodziewać na Netfliksie serialu będącego połączeniem Plotkary i Dumy i uprzedzenia. Trudno mi sobie wyobrazić, by w tak niewielu słowach można było trafniej opisać pierwowzór tej produkcji, czyli Bridgertonów, serię ośmiu książek autorstwa Julii Quinn.

Liga niezwykłych kobiet

Mój romans z romansem historycznym nie zaczął się od Bridgertonów, a od innej, znacznie nowszej serii. Wydawca A League of Extraordinary Women wykorzystał trik wypróbowany na współczesnych romansach i książki dostały takie rysunkowe okładki, które, jak sądzę, mają trochę zmienić lub poszerzyć czytelniczy target. Na mnie ta sztuczka działa niezawodnie. Przeczytałam kilka miesięcy temu Bringing Down the Duke, a ostatnio, zaraz po premierze, A Rogue of One's Own. Dla mnie obie te powieści to strzał w dziesiątkę – bawiłam się przy nich świetnie, Evie Dunmore umie napisać barwnych i sympatycznych bohaterów i uwikłać ich w wiarygodne konflikty. Nie brakuje w przedstawionych przez nią relacjach napięcia, ale problemy nie są sztucznie stworzone, nie wynikają na przykład z irytującego braku komunikacji. Fabuły wciągają i są okraszone humorem. Akcja książek Dunmore akurat nie rozgrywa się w regencji, a w epoce wiktoriańskiej, bohaterki zaś łączy to, że należą do stowarzyszenia sufrażystek. Nie walczą jeszcze o prawo do głosu, a o to, by kobieta po ślubie miała jakąkolwiek zdolność prawną. Mężatka w Anglii aż do 1882 nie mogła właściwie nic posiadać (włączając w to prawa autorskie), nie mogła podpisać żadnych dokumentów, sporządzić testamentu... Łapiecie. Prawnie stawała się całkowicie zależna od męża.

bringingdowntheduke

Bringing Down the Duke, Evie Dunmore

Obie powieści z serii podobały mi się tak bardzo, że zostawiły mnie z lekkim kacem i ochotą, by przeczytać coś jeszcze podobnego. A że Evie Dunmore wydała na razie tylko dwie książki (i trzecia dopiero we wrześniu 2021, czekam :(), to musiałam poszukać gdzieś indziej. Po Bringing Down the Duke trafiłam więc na Lisę Kleypas i jej serię Wallflowers. Pierwszy tom miał swoje wady, ale mnie nawet wciągnął. Więc przeczytałam drugi, który zostawił po sobie tylko niesmak. Nie sądzę, żeby był znacząco gorszy od pierwszego – po prostu najwyraźniej bohaterowie, dramy i styl Kleypas mi nie pasowały, a jedna książka to dla mnie była maksymalna dawka, potem zrobiło się niestrawnie.

Po A Rogue of One's Own trafiłam z kolei na Julię Quinn i jej serię Bridgertonowie. No i... wciągnęłam całą ośmiotomową serię w trochę ponad tydzień.

Regencyjna Plotkara

Bridgertonowie opowiadają o ośmiorgu rodzeństwa. Głównym celem ich matki jest (oczywiście) doprowadzenie wszystkich przed ołtarz. Zrobienie przy tym świetnej partii i na przykład złapanie na męża diuka będzie mile widziane, ale to książki, po których mamy czuć się dobrze i w których miłość zawsze zwycięża, więc ostatecznie rodzina zgadza się, że przy wyborze współmałżonka najważniejsze jest uczucie.

thedukeandi

The Duke and I, Julia Quinn

Skąd porównanie Bridgertonów do Plotkary? Bo na początku pierwszego tomu zaczyna się pojawiać plotkarska kolumna lady Whistledown. Lady Whistledown ma ostre pióro i nie waha się przed złośliwym obmawianiem angielskiej śmietanki towarzyskiej. Jej teksty nie tylko omawiają to, co się z bohaterami dzieje, czasem mają też wpływ na wydarzenia. I nikt nie wie, kim lady Whistledown naprawdę jest. Zagadka rozwiązuje się szybciej niż można by się spodziewać – Quinn czeka z ujawnieniem prawdy kilka tomów, ale nie do końca serii. Chyba trochę żałuję, że ten wątek nie został pociągnięty dalej, to całkiem fajny motyw, który sprytnie klei tomy i wprowadza trochę napięcia do całości. Może zaważyły względy praktyczne i początkowo Julia Quinn miała kontrakt tylko na X tomów, więc tak to rozplanowała? Ale nie wiem też, czemu po rozwiązaniu zagadki nigdy już o lady Whistledown się nie wspomina, tym bardziej, że jednak, pod pewnym względem, jest wciąż w fabule obecna. Byłam ciekawa, jak niektóre postaci zareagują na ujawnienie tożsamości naszej Plotkary, ale nigdy tego nie pokazano. Może dlatego, że serię tego typu romansów właściwie można czytać niezależnie od siebie i niekoniecznie po kolei? Z następnych tomów pewnie dowiecie się, kto kogo poślubił, ale to żaden spoiler, bo to wiadomo z opisu książki albo po przeczytaniu pierwszych trzech stron. Kim jest lady Whistledown? To najpoważniejsza (albo jedyna) rzecz, jaką można w Bridgertonach zaspoilować. Lady Whistledown to też największe aktorskie nazwisko w obsadzie serialu Netfliksa – jej głosem będzie sama Julie Andrews.

Julia Quinn sprytnie ogrywa wiele romansowych schematów. Po dwóch powieściach Lisy Kleypas miałam wrażenie, że dwa razy przeczytałam tę samą książkę. Wszystkie tomy Bridgertonów oczywiście są w tym samym stylu i powielają niektóre motywy (a czasem i te same frazy, choć to pewnie widać tylko, jeśli czyta się osiem tomów jeden za drugim w szaleńczym tempie), ale Quinn w sumie stara się jak może, żeby te romansowe fabuły były w miarę różnorodne. I tak, idąc po kolei, The Duke and I (Mój książę) to jak nic fake dating, udawana relacja, która przeradza się w coś prawdziwego, The Viscout Who Loved Me (Ktoś mnie pokochał) to porządne hate-to-love, a An Offer from a Gentleman (Propozycja dżentelmena) spełnia wszystkie warunki, by być retellingiem Kopciuszka.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Oczywiście w romansie historycznym wszystko jest bardzo skonwencjonalizowane. No bo w końcu co nowego jesteśmy w stanie wymyślić, chcąc się trzymać dość sztywnych wyznaczników gatunku? Jeśli nie poznacie historycznego romansu po okładce, pomoże pewnie tytuł. Naprawdę jestem pod wrażeniem, jak często autorki potrafią w tytule użyć jednego z tych słów: duke (ewentualnie, ale tylko ewentualnie: earl, marquis albo viscount), rogue, rake i scandal. Łatwo też rozpoznać strukturę fabuły, która różni się jednak od tej klasycznej, austenowskiej. To jasne, że nie ominie nas seria spotkań towarzyskich – balów, herbatek, muzycznych recitali, konnych przejażdżek, podczas których nasi bohaterowie będą tańczyć i prowadzić rozmowy pod czujnym okiem swoich matek i reszty londyńskich plotkar. Wszystko to nie będzie wykraczać poza ramy konwenansu i przyzwoitych zalotów. Do czasu. Bo o ile u Jane Austen (czy Georgette Heyer) widzimy tylko tyle, a potem są oświadczyny, ślub i koniec książki, tak współczesne pisarki chcą pokazać... znacznie więcej. Zatem nieraz, żebyśmy mieli wgląd w noc poślubną i dalsze pożycie małżeńskie, nasi bohaterowie ślub biorą już gdzieś w połowie książki, często po tym, jak ktoś kogoś skompromitował. Naprawdę nie wiem, czemu, ale z mojego doświadczenia najczęściej ktoś kogoś kompromituje w ogrodzie podczas kilkudniowego balu w wiejskiej posiadłości :P. Wychodzi na to, że panny na wydaniu (oczywiście te, które nie chcą być skompromitowane) powinny jak ognia unikać przyjęć w wiejskich posiadłościach, a już na pewno pod żadnym pozorem nie mogą w ich trakcie wychodzić do ogrodu. Na szczęście nasze heroiny są zawsze kompromitowane przez właściwego faceta. Właściwego nie tylko dlatego, że weźmie na siebie odpowiedzialność, nie pozwoli na ruinę bohaterki i ożeni się z nią w ciągu tygodnia. Właściwego też, bo ostatecznie na pewno się okaże, że oni są dla siebie stworzeni. Jeśli nikt nikogo nie przyłapuje w ogrodzie i książka faktycznie ślubem się kończy, to bohaterowie na pewno przespali się ze sobą wcześniej. Nie są skompromitowani ani zrujnowani więc tylko dlatego, że nikt ich nie przyłapał.

Dużo tu gadania o rujnowaniu reputacji, ale to w sumie puste słowa. Jeśli u Quinn (czy Kleypas swoją drogą) wystarczająco szybko zaciągnie się parę do ołtarza, to ewentualny skandal w sumie pozostaje bez konsekwencji. A że reputację rujnują sobie tylko zakochane do szaleństwa w sobie pary (albo takie, które jeszcze nie wiedzą, że są w sobie do szaleństwa zakochane), to w sumie wszystko zawsze dobrze się kończy. Nawet na drugim planie! U Austen Lydia była o krok od prawdziwej „ruiny” (takiej, która rzuciłaby się cieniem też na całą rodzinę), a i pospieszny ślub z przekupionym Wickhamem trudno nazwać happy endem. U Quinn perspektywa zrujnowanej reputacji służy tylko lekkiemu podtrzymywaniu napięcia, a przyłapanie pary w „kompromitującej sytuacji” to tylko fabularny wytrych, który ma niezdecydowanych jeszcze bohaterów pchnąć przed ołtarz i w swoje ramiona. Chcą te współczesne regencyjne romanse zjeść ciastko i mieć ciastko. Bo z jednej strony dziwnie intrygujący jest ten świat konwenansów, pozorów, tłumionych uczuć, ryzyko „kompromitacji” czy obecność przyzwoitki są dla nas dość egzotyczne, a dzięki temu może bardziej ekscytujące. Tylko że jeśli równocześnie chcemy w tych książkach mieć seks (sporo seksu, bardzo często przedmałżeńskiego), to musimy stworzyć alternatywny świat, w którym nikt nigdy nie zadurza się w niewłaściwej osobie (a jeśli już to bardzo, bardzo szybko mu przechodzi), nikt nie popełnia błędu przy wyborze małżonka (na przykład pod wpływem finansowej presji), a mężczyźni może mają liczne kochanki i burzliwą przeszłość, ale gdy znajdują tę jedną-jedyną pannę z dobrego domu, to z radością stają się najwierniejszymi mężami. Wszystkie problemy są do rozwiązania, a najgorsze czyny łatwe do wybaczenia (o ile popełni je główna bohaterka).

No ale powiedzmy sobie szczerze – byłabym naiwna, gdybym oczekiwała czegoś innego. Bridgertonowie to czysty eskapizm – tęcza, jednorożce, prawdziwa miłość aż po grób i gugole dzieci. Lady Whistledown może się lekko wyzłośliwiać w swojej kolumnie, ale koniec końców (prawie) wszyscy wszystkich lubią. Stosunkowo mało tu nawet czarnych charakterów. Męscy bohaterowie (niebędący Bridgertonami, bo rodzina Bridgertonów jest oczywiście idealna) wprawdzie często mają jakieś problemy z ojcami, ale, na szczęście dla męskich bohaterów, ci ojcowie zazwyczaj już nie żyją. Jest uroczo, lekko i całkiem dowcipnie, bo Quinn bardzo zgrabnie wychodzi pisanie inteligentnych dialogów, słownych utarczek – a to między naszą parą, a to między rodzeństwem Bridgertonów (które się bardzo kocha, ale jeszcze bardziej kocha sobie dogadywać). Z wymienionych w tym tekście romansideł z zupełnie czystym sumieniem polecę tylko Evie Dunmore i jej A League of Extraordinary Women. Quinn wydaje się jednak trochę zbyt często wpływać na literackie mielizny, być jednak czasami trochę zbyt problematyczna*. Ale nie będę się zapierać, bawiłam się przy jej książkach znakomicie. W dodatku, gdy sięgałam po drugą, trzecią książkę myślałam, że wpadłam w bagno – będzie mnie wciągać, a potem wyjdę brudna i zła na siebie, że spędziłam w nim tyle czasu (i z każdym tomem będzie coraz gorzej). Ale po ośmiu częściach myślę o Bridgertonach z sympatią większą niż na początku czytania. To było guilty pleasure, jasne. Ale później znacznie więcej było w tym przyjemności niż winy. Spędziłam z Julią Quinn jakiś na wpół deliryczny romansowy tydzień. Tak, może i wyżarło mi to trochę mózg. Ale, halo, jest 2020 i spędzenie tygodnia z mózgiem wyżartym romansami właściwie brzmi jak całkiem niezły pomysł.


*Problem, wielki jak słoń, jest w pierwszym tomie.


W Polsce wszystkie tomy Bridgertonów wydało Wydawnictwo Amber. Nakład jest wyczerpany, z wyjątkiem czwórki i piątki (sam środek 🤷‍♀️), tylko te tomy są też dostępne w ebookach i na Legimi. Ja zaczęłam czytać po angielsku i po angielsku skończyłam. Zastanawiałam się, czy tych dostępnych części nie przeczytać po polsku, ale blurby z błędami („Penelope Featherington od zawsze kocha się w przyjacielu swego brata.” – eee, Penelope nawet nie ma brata), okładki jeszcze gorsze od oryginalnych i głupie tłumaczenia tytułów (To Sir Philip, With LoveOświadczyny) jakoś mnie nie przekonały. Spodziewam się, że przy okazji serialu będzie wznowienie, ale nie obraziłabym się, gdyby ktoś to zabrał z Amberu.

Pierwszy sezon serialu Netfliksa ma być na podstawie tylko pierwszego tomu i ma liczyć osiem odcinków. Trochę się martwię, bo tam materiału na osiem odcinków po prostu nie ma (no chyba że będą to odcinki bardzo krótkie, 20-minutowe). Może podkręcą każdą możliwą dramę. Może rozwiną wątki poboczne. No, jestem ciekawa. Poza Julie Andrews brak dużych nazwisk w obsadzie, ale na przykład Nicola Coughlan (Clare z Derry Girls) jako Penelope to według mnie cudowny casting <3.

Przyznam, że trochę się zastanawiam, czy moja niechęć do Kleypas nie wynika z tego, że tylko ją czytałam po polsku, a mój mózg zdecydowanie gorzej przyjmuje kiepską literaturę w rodzimym języku.

Obraz u góry autorstwa Edmunda Leightona (i, tak, wiem, panna młoda jest w sukience z okresu późniejszego niż regencja).