Romanse (prawie) historyczne. Najlepsze książkowe komedie romantyczne w kostiumie

9 minut czytania

Albo co czytać, jeśli obejrzeliście Bridgertonów i macie ochotę na więcej.

I już przeczytaliście Jane Austen, zanim wpadniecie w bagno współczesnych romansów historycznych, przeczytajcie Austen.

Niecały rok temu pisałam podobny post o romansach z akcją osadzoną współcześnie. A przy okazji o powtarzających się schematach, o tym jak bardzo czytanie romansideł jest przyjemnością obarczoną winą, o zmianie w stylu okładek. Jak widzicie, nie porzuciłam romansów w tym roku, ale zawędrowałam w trochę inne rejony.

Historylandia

Ustalmy to sobie na początek. Romans historyczny jest „historyczny” tylko z braku lepszego słowa. Pasowałby może „kostiumowy”, ale to jakoś bardziej klei się z kinem i telewizją niż literaturą. Pasuje też „pseudohistoryczny”, ale to z kolei jest złośliwe, mogę się wyzłośliwiać w tekście (zresztą ja to tak z miłości), ale nikt tak gatunku nie nazwie.

Bo te książki nie funkcjonują w rzeczywistości „historycznej”, a w jakimś magicznym romansowym uniwersum. Poszczególne autorki tworzą swoje poduniwersa, które po części przejmują zasady z tego ogólnego, a po części tworzą własne. Cel? Stworzenie jakiejś iluzji historyczności, tak żeby można było rozgrywać romantyczne historie w świecie z mezaliansami, potajemnymi ślubami, posagami, książętami, ale bez konieczności przejmowania się prawdziwymi wydarzeniami. Co tam Napoleon, musimy wydać protagonistkę za mąż (Napoleon by tylko przeszkadzał, bo trzeba by wysłać niektórych mężczyzn na wojnę, więc prawie nikt tu na wojnę nie jeździ). Jestem pewna, że brak przywiązania do historii umożliwia też masową produkcję tych powieści. Panie autorki miałyby problem z wypuszczaniem 1-2 książek rocznie, gdyby robiły przyzwoity research.

Bo zazwyczaj nie robią. Żadna ze mnie specjalistka od historii Anglii w XIX wieku, ale są w tych książkach błędy, które sama wyłapuję, w sumie tylko dlatego, że od nastolatki lubiłam Austen, inne angielskie klasyki i ich ekranizacje. Myślę, że przeciętna pisarka romansów historycznych ma mniej więcej tyle wiedzy co ja. To jest wiedza przypadkowa, karmiona popkulturą, czasem za research wystarczy pewnie im czytanie książek swoich koleżanek po piórze. Dlatego napisałam wcześniej, że te wszystkie romanse tworzą jedno wielkie uniwersum, które się samo sobą karmi i w którym wciąż i wciąż powiela się te same tropy.

Pozytywnie zaskoczyło mnie to, że większość z tych książek jest zabawna. Okładki i przynajmniej niektóre tytuły sugerują strasznie egzaltowane, pompatyczne historie, ale to mylne wrażenie. Pewnie, znajdziecie pojedyncze egzaltowane sceny, ale całość zazwyczaj jest utrzymana w takim lekkim, trochę niepoważnym tonie, niektóre powieści są otwarcie komediowe. Zdarza się, że w samej książce znajdziecie lekkie pokpiwania z gatunku. Jasne, są więc te książki bardzo powtarzalne, trzymają się kurczowo kilku zasad (książka na pewno nie skończy się zanim 1. będzie seks, 2. on jej powie, że ją kocha, 3. ona mu powie, że go kocha, 4. pokonają przeciwności losu, cokolwiek im tam autorka w ramach komplikacji akurat wymyśliła, 5. będzie ślub lub zapowiedź ślubu), ale autorki tych kiczowatych romansideł doskonale zdają sobie sprawę z tego, że piszą kiczowate romansidła. Jest w tym jakiś oddech, brak nadęcia i pretensji do bycia czymś więcej. Zatem jeśli lubicie dobrą historię miłosną, potrzebujecie czystej rozrywki, kilku godzin radosnego eskapizmu i szczęśliwego zakończenia, to romans historyczny może być tym, czego szukacie. Tylko musicie trafić na coś przyzwoitego i coś, co do Wam akurat przypasuje (ja na przykład nie mogę się przekonać do jednej z najpopularniejszych autorek gatunku, Lisy Kleypas). Na szczęście przychodzę Wam z pomocą.

Najlepsze komediowe romanse historyczne

(z tych, które czytałam :P)

Ktoś mnie pokochał (The Viscount Who Loved Me), Julia Quinn

Jeśli jesteście tu, bo Bridgertonowie na Netfliksie skończyli się za szybko, to jest to propozycja oczywista i leniwa z mojej strony. Ale. Jeśli widzieliście serial, to proponuję, żebyście nie zawracali sobie głowy pierwszym tomem Bridgertonów i sięgnęli od razu po drugi. I tak wiecie, co jest w pierwszym, niektóre sceny w serialu uznane za kontrowersyjne w książce wypadają znacznie gorzej, a drugi tom jest po prostu lepszy. Jasne, co kto lubi, ale Ktoś mnie pokochał może być moją ulubioną częścią z całej serii. Praktyczna, wygadana Kate jest bardzo fajną bohaterką, a dynamika relacji między nią a Anthonym jest cudna. Julii Quinn naprawdę bardzo fajnie wychodzi pisanie dialogów, słownych utarczek, a tutaj ma pole do popisu, bo bohaterowie na początku się nie lubią. Anthony zdroworozsądkowo postanawia się ożenić i stwierdza, że Edwina Sheffield będzie dobrą kandydatką. Kate, jej siostra ma Anthony’ego za łajdaka, więc nie podoba jej się, że ten zaczyna zalecać się do jej Edwiny i daje mu to wyraźnie do zrozumienia.

Bringing Down the Duke, Evie Dunmore

Czytanie romansów historycznych nauczyło mnie, że na każdego księcia/diuka, który poślubia córkę markiza czy wicehrabiego przypada co najmniej dwóch, którzy wybierają na małżonkę kogoś zupełnie nieodpowiedniego, nie wiem więc, o co za każdym razem tyle krzyku. Annabelle pochodzi z ludu, ale jest piękna i mądra, więc podczas politycznej agitacji (w ramach walki o prawa kobiet) udaje jej się złapać księcia. Tylko oczywiście po drodze jest dużo dram, bo mezalians i takie tam. Jest zabawnie, uroczo, autorka sprytnie kreśli i fabułę, i bohaterów. Evie Dunmore debiutowała Bringing Down the Duke w 2019, więc, w przeciwieństwie do innych autorek, nie zdążyła wydać jeszcze 20 książek i na znalezienie pary dla trzeciej sufrażystki muszę czekać jeszcze kilka miesięcy. Osobiście lubię drugi tom jeszcze bardziej (kocham Lucie, kocham zakończenie), ale oba są na podobnym poziomie.

Tydzień na uwiedzenie (A Week to Be Wicked), Tessa Dare

Obie książki Tessy Dare, które czytałam były… uroczo niedorzeczne. To znaczy jeszcze bardziej niedorzeczne niż inne książki z tego gatunku. Bo wiecie, w Romantycznym księciu autorka była córką słynnego pisarza (od czasu do czasu musiała sobie radzić z jego zwariowanymi fanami), a w pewnym momencie okazało się, że fabuła tych zmyślonych książek napisanych przez jej ojca dziwnie przypomina Gwiezdne wojny. Tutaj bohaterowie udają, że uciekają, żeby się pobrać, a tak naprawdę wyruszają na Sympozjum Geologiczne z Francine w walizce. Francine to ślad dinozaura. Trzeba to Tessie Dare przyznać, potrafi mnie porządnie rozbawić. Śmiałam się przy nim wiele razy w głos. Świetny humor sytuacyjny, bardzo fajni bohaterowie.

Nine Rules to Break When Romancing a Rake, Sarah MacLean

Wnioskując po Goodreads to jest najpopularniejsza książka i seria Sary MacLean, więc czemu akurat ta nie jest przetłumaczona? Hmm. Jeśli nie czytacie po angielsku, możecie wybrać coś z dwóch serii autorki, które wydano w Polsce (nie czytałam, jeszcze). W każdym razie. Callie przekroczyła już próg staropanieństwa i dociera do niej, że zawsze starała się być przykładną panną z dobrego domu, a niewiele jej z tego przyszło. Spisuje więc listę rzeczy do zrobienia i realizuje je z godną podziwu determinacją. A że już podczas pierwszego zadania spotyka markiza, w którym od zawsze się podkochuje… MacLean sprawnie i bez zgrzytów prowadzi swoją romansową fabułę, a książka jest zabawna i urocza.

Królestwo marzeń (A Kingdom of Dreams), Judith McNaught

Niespodzianka, ta powieść rozgrywa się w XVI, a nie XIX wieku! Bez strachu, znajdziecie tutaj za to drugi ulubiony motyw amerykańskich pisarek romansów historycznych, czyli dzikich Szkotów. Tym razem wprawdzie Szkotką jest tylko bohaterka, bohater to Anglik i w tym już leży konflikt. A poza tym oddział bohatera przez przypadek porywa główną bohaterkę i jej siostrę, więc wiecie… Według mnie tempo akcji trochę siada pod koniec, ale ogólnie to, pani, dzieje się, jest w Kingdom of Dreams taki wyraźnie przygodowy rys, poza tym bohaterowie są charakterni i ogólnie to była bardzo dobra zabawa.

Uwagi mniej lub bardziej praktyczne

Dwa razy polecam Wam drugie tomy serii, bo praktycznie zawsze te książki można traktować jako samodzielne powieści. Powieści w serii są połączone jakimś motywem – najczęściej w kolejnym tomie miłość znajdzie ktoś, kto w poprzednim kręcił się gdzieś na drugim planie. Julia Quinn w Bridgertonach albo Sarah MacLean w Love By Numbers wysyłają po kolei do ołtarza całe rodzeństwo, Lisa Kleypas w Wallflowers wydaje za mąż cztery przyjaciółki, które na balach zazwyczaj podpierają ściany, ale przysięgają sobie, że pomogą sobie nawzajem w znalezieniu mężów, a Evie Dunmore w A League of Extraordinary Women grupę sufrażystek. Jedna książka – jedna para i jedno szczęśliwe zakończenie. Kilka godzin czytania, ślubny kobierzec, koniec historii. Nie ma co się zastanawiać, czy się zejdą. Zejdą się na pewno i od razu wiadomo kto z kim.

Prawie wszystkie tego typu książki czytałam po angielsku. Kiepska literatura często znacznie lepiej sprawdza się w obcym języku. Mogę rozumieć właściwie wszystko, ale nie mam takiego językowego wyczucia, głupie frazy nie brzmią aż tak głupio, trudniej mi wyłapać anachronizmy czy językowe niezręczności. No i wiecie, zawsze można sobie powiedzieć, że się ćwiczy język… :P Ja już się tak nie łudzę, ale tak tylko podpowiadam. Po polsku większość tych autorek wydaje Amber (Prószyński ma Lisę Kleypas). I tam jest chyba straszny chaos.

Szczerze nie znoszę oryginalnych okładek. Nie wiem, jak Amber to robi, ale ich okładki są jeszcze brzydsze. Tytuły są kiczowate i często bardzo powtarzalne (myślę, że wszystkie autorki romansów historycznych święcie wierzą, że jeśli nie użyją słowa duke w tytule co trzeciej książki, to świat się skończy), ale Amber potrafi przetłumaczyć je tak, żeby były jeszcze głupsze i jeszcze bardziej nierozróżnialne. Po buszowaniu na Goodreads zdarzało mi się wchodzić na Lubimy czytać i Legimi, żeby sprawdzić, co jest wydane po polsku. I jestem totalnie zagubiona, bo jak mam się domyślić na przykład, że A Rogue By Any Other Name to Przyjaciel z dzieciństwa (by any other name, indeed…), że The Governess Game to Ich gwiazdy, a To Sir Philip, with Love to Oświadczyny? Na najnowszym wydaniu tego ostatniego jest wprawdzie duży napis Bridgertonowie u góry, ale Brigdertonowie to osiem książek i wyobraźcie sobie, że oświadczyny są w każdej jednej. Poza tym ja najchętniej czytałabym przez Legimi, a ebooki są dostępne bardzo randomowo. Chociaż nie, może rządzi tym prosta zasada, zazwyczaj ta książka, którą ja chcę przeczytać, jest akurat niedostępna. No więc ja odpuszczam próby czytania tego po polsku. Nie odradzam i wiem, że nie wszyscy mają możliwość czytania w oryginale, zresztą nie sprawdzałam, kto wie, może tłumaczenia są przyzwoite. Trzeba też przyznać – te książki są regularnie i dość sprawnie wydawane w Polsce. Różnie bywa ze wznowieniami, ale jeśli sięgnięcie po Quinn, Dare, MacLean czy Kleypas, nie powinniście mieć problemu z niedoborem lektur. Ale polecam nie mieszać sobie w głowie korzystaniem równocześnie z Goodreads i polskich stron.

Zmiany tytułów nie byłyby tak dużym problemem, gdyby te książki nie były publikowane masowo. Ale są, taka Tessa Dare ma w tej chwili na koncie 17 powieści, Julia Quinn – 28. I połap się w tym potem. Żeby nie było, te obie amberowe okładki są z 2020 roku, a jakoś mi na to nie wyglądają.

Romanse historyczne są jak świąteczne ciasto. Ciasto nie jest zdrowe, ale jest słodkie, dobre i sprawia przyjemność. Jeden kawałek nie zaszkodzi. Tylko że potem chcesz kolejny i kolejny, chociaż wiesz, że nie powinnaś. Możesz poprzestać na tym jednym kawałku. A możesz objeść się za bardzo i potem żałować. Mnóstwo radości mi te książki sprawiły, czytałam je szybko i intensywnie. Tylko już od jakiegoś czasu czuję przesyt, a jakoś nie mogę przestać, jest w tym coś strasznie i wręcz niezdrowo uzależniającego.

Na ucieczki od rzeczywistości polecam. Tylko dawkujcie ostrożnie.


Powiedzcie mi, czy ktoś kojarzy coś takiego w polskich realiach? Nie wojenne smęty, nie sentymentalne melodramaty, chciałabym, żeby było lekko (nie tylko z czytaniem, ale też w tonie), uroczo i dowcipnie. Byłabym wdzięczna za podpowiedzi. Naprawdę, jedyne, co przychodzi mi do głowy to Rodziewiczówna. Na pewno nie wszystko i wiem, że ona pisała z perspektywy sobie współczesnej, ale takie Między ustami a brzegiem pucharu właściwie trafia w dziesiątkę tego, o co mi chodzi. Jakieś pomysły?

ultramaryna