Obelisk kładzie się cieniem Alana Bradleya, czyli szóste spotkanie z Flawią

1 minuta czytania

Znacie już Flawię? Tę bystrą jedenastolatkę, która ma zamiłowanie do trucizn i rozwiązywania zagadek kryminalnych? Jeśli nie, to szybko, szybko, zabierajcie się za serię Alana Bradleya. Obelisk kładzie się cieniem to już szósty tom, który przyniesie odpowiedzi na wiele ważnych pytań. Czym jest Remiza? Co się tak naprawdę stało z Harriet? Dlaczego siostry nienawidzą Flawii? Co kombinuje ciotka Felicity? I w końcu, o co chodzi z tymi kanapkami z bażantem?

Jak zwykle w pobliżu Buckshaw ktoś ginie. Jak zwykle zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jak zwykle Flawia eksperymentuje z chemią, a tym razem jej plany są naprawdę ambitne… Ale Obelisk kładzie się cieniem jest zdecydowanie bardziej związany z historią rodziny Flawii, z losami jej matki, niż którakolwiek z poprzednich książek. Wszystko tak naprawdę kręci się wokół de Luce’ów, a zagadka, którą Flawia tym razem rozwiązuje dotyczy jej samej bardzo bezpośrednio… Bradley przez całą serię kluczył, rzucał pojedyncze tropy, ale tak naprawdę dopiero w szóstej części odkrywa tak wiele kart.

Może też zresztą dlatego zagadka kryminalna tym razem nie należy do tych najlepszych. Jest poprawnie, ale jakoś zbyt przewidywalnie, a wszystko kończy się niemal za szybko, nieco rozczarowująco. Złoczyńca z tej części zostanie zaskakująco szybko “pokonany” i to w sumie przy niewielkim udziale Flawii. Tak, bardzo wyraźnie łączy się z tą intrygą ta wielka łamigłówka, którą rozwiązujemy przez całą serię, ale… i tak niektóre sprawy toczą się jakby za prędko.

Tylko że Flawii chyba wcale nie czyta się dla zagadek kryminalnych. Flawię czyta się dla tego świetnego, trochę sennego klimatu angielskiej prowincji lat 50. Dla często przewrotnego humoru Bradleya, dla jego doskonałego, barwnego języka. Dla Buckshaw, mrocznej rezydencji de Luce’ów. Dla błyskotliwych dialogów i komentarzy. Dla bohaterów - dla Doggera, pani Mullet, ojca Flawii, Feli i Dafi… I przede wszystkim dla samej Flawii - przemądrzałej, genialnej, złośliwej Flawii, która potrafi stworzyć cuda w swojej pracowni chemicznej i zdemaskować mordercę, ale czasem okazuje się ujmująco dziecinna i naiwna.

Flawię uwielbiam, czytam całą serię z dziką radością, a każdy kolejny tom jest dla mnie jak taki wcześniejszy bożonarodzeniowy prezent. Wiadomo, są podarki mniej lub bardziej trafione, ale za każdym razem odkrywanie, co kryje się w środku, wiąże się z ogromną uciechą. Może tak was jeszcze przekonam: hasło “nowa Flawia” wywołało okrzyki radości u mojej siostry, siostrę popędzał tata, który też chciał już czytać, a teraz muszę jeszcze pożyczyć książkę przyjaciółce. ;)

ultramaryna