Na skróty. Styczeń 2018

5 minut czytania

Olaboga, ile się tego w tym miesiącu nazbierało do podsumowania. Całkiem nieźle szło mi w styczniu czytanie. Blogowanie - fatalnie (nic nowego). Dlatego dzisiaj aż o sześciu książkach.

Język cierni, Leigh Bardugo

Bardugo napisała naprawdę fajny zbiór baśni umiejscowionych w świecie znanym z Griszy i Szóstki wron. Historie wyraźnie nawiązują do baśniowych motywów, a jednak nie odwołują się wprost do żadnej ze znanych nam opowieści. Nie, Bardugo opowiada na własnych zasadach, potrafi zaskoczyć, bywa przewrotna, bywa, że zupełnie odwraca baśniowy schemat. Jak to w zbiorze opowiadań - jedne teksty są lepsze, inne gorsze, ale wszystkie są dobre, niektóre znakomite. To wciągające, mroczne, piękne opowieści. Język cierni to bardzo smakowity baśniowy kąsek.

Zabójczyni, Sarah J. Maas

Mimo że kocham Szklany tron trudną miłością, to przed Zabójczynią broniłam się bardzo długo - i miałam rację. Chciałam zanudzić się na śmierć.
Zabójczyni jest tomem składającym się z opowiadań poprzedzających Szklany tron i być może problemem było to, że ja mniej więcej wiedziałam, jak to się wszystko potoczy. A może to, że czytałam po polsku, a Maas po polsku wydaje mi się dużo bardziej niestrawna. Niewykluczone też, że jakieś znaczenie miało moje nastawienie, bo wiedziałam, że nie spotkam tu bohaterów, którzy mnie naprawdę obchodzą, a ja mam już wdrukowane w siebie nielubienie Celaeny. Trochę jednak liczyłam na to, że wreszcie dowiem się, dlaczego ona w wieku osiemnastu lat była najgroźniejszą zabójczynią Adarlanu - co zrobiła, żeby zasłużyć sobie na taką sławę. Nie. Jasne. Celeana po prostu w wieku szesnastu lat już jest sławna w całym kraju. Dlaczego? BO TAK. Bo jest główną bohaterką i z tym się nie dyskutuje.
Celaena jest według mnie absolutnie nieznośną postacią. A tutaj chyba jeszcze bardziej niż w ostatnich częściach.
Maas nigdy nie jest dobra, ale zazwyczaj jest wciągająca. Nigdy się jednak tak przy jej książce nie nudziłam jak przy Zabójczyni -  a skoro się nudziłam, to nie potrafiłam zapomnieć o niedociągnięciach. Najlepsze z tego wszystkiego było ostatnie opowiadanie - w nim jest najwięcej emocji, ale przecież ja i tak pozostałam doskonale obojętna.

Uczeń skrytobójcy, Robin Hobb

To bardzo, bardzo klasyczne fantasy. Zupełnie typowy, niby średniowieczny świat, jakieś tam królestwo i główny bohater, szlachetny bękart, którego kształci się na skrytobójcę. Mamy więc i elementy nauki (i zabijania, i magii), dworskie intrygi, oraz coraz groźniejszą wojnę w tle. To może wydać się szalonym porównaniem, ale jest w pisaniu Hobb coś jak z dziewiętnastowiecznej powieści realistycznej - to długa powieść, mnóstwo w niej rozmaitych szczegółów, akcja rozwija się powoli, niespiesznie, a autorka poświęca dużo czasu na nakreślenie sylwetek bohaterów i opis świata. Naszego bohatera poznajemy już jako dziecko i obserwujemy jego, często smutne i bolesne, dorastanie. Uczeń skrytobójcy jest dobrze napisany i czytało mi się naprawdę przyjemnie, ale, nie będę ukrywać, akcja nie angażowała jakoś szczególnie, nie potrafiłam też dojrzeć niczego, co mogłoby tę powieść jakoś wyróżnić. Końcówka to nieco rekompensuje - akcja znacznie przyspiesza i wreszcie naprawdę wciąga, a losy bohatera stają się bardziej emocjonujące.
Hobb napisała tyle rzeczy, wiem, że ma wielu fanów… Może gdybym została w jej świecie na dłużej, też mogłabym się z nim bardziej polubić. Ale w sumie nie wiem, czy czytać dalej, Uczeń skrytobójcy był tak bardzo… zwyczajny.

Tęsknota i przeznaczenie, Dina Sterbova

W zeszłym miesiącu czytałam Himalaistki o wspinających się Polkach i w pewien sposób kontynuowałam temat, bo sięgnęłam po Tęsknotę i przeznaczenie, a książka opowiada o pierwszych kobietach na ośmiotysięcznikach. I czytało się świetnie, mnóstwo tu interesujących historii i sylwetek himalaistek z całego świata, o których do tej pory nic nie wiedziałam. O Polkach oczywiście też jest dużo, znowu więc poczytałam o Wandzie Rutkiewicz, ale także o Krystynie Palmowskiej czy Annie Czerwińskiej, które nie miały swoich rozdziałów w Himalaistkach. I jeszcze o wielu, wielu innych niezwykłych kobietach i ich równie niezwykłych wspinaczkach. Książka jest bardzo zajmująca, poza tym nieźle wydana (choć czcionka jest dziwnie mała) i uzupełniona wieloma ciekawymi zdjęciami. Jeśli mam się czepiać - mam wrażenie, że Sterbova miała trochę problem z selekcją materiału, niektóre fragmenty pewnie można by pominąć. Poza tym wyraźnie było widać, że jeśli informacji dotyczących jakiejś góry było mniej, Sterbova pisała zwykłe zapchajdziury. Może też po tego typu książce, przekrojowej historii zdobycia ośmiotysięczników przez kobiety, spodziewałabym się większego obiektywizmu. Sterbova nie próbuje się wcale kryć ze swoimi sympatiami i antypatiami. No ale. Tę szczerość można też uznać za wartościową. I ogólnie Tęsknota i przeznaczenie naprawdę mi się podobała.

Wiara, Anna Kańtoch

Wiecie, przypuszczam, że tym oto sposobem właśnie wyrobiłam roczną normę przeczytanych kryminałów. Ale skoro ta Wiara mi się podobała, to może jeszcze sięgnę po Łaskę?
Bo Wiara była naprawdę dobra. Anna Kańtoch umiejscowiła swoją opowieść w turystycznej wsi blisko Żywca, w połowie lat 80. Zagadka jest bardzo zagmatwana - możecie domyślić się poszczególnych rzeczy, ale nie wierzę, że zdołacie ją rozwiązać do końca. Ja na przykład trochę za połową książki mam zaznaczony fragment, który miał wskazywać na mordercę. Trafiłam. Ale cóż z tego, skoro całej historii w życiu bym nie poskładała w całość. Może nawet to wszystko przekombinowane, zbyt wymyślne - ale przecież rozwiązywanie tak zagmatwanej zagadki zdecydowanie cieszyło. Wiara ma też dobrze skonstruowanych bohaterów i świetny klimat lat 80. Na plus.

Marzyciel, Laini Taylor

Chciałam napisać recenzję, ale jestem tak do tyłu, że, nie oszukujmy się, nie napiszę. A o Strange the Dreamer wspomnieć muszę. Tym bardziej, że już niedługo książka wychodzi po polsku!
Myślę, że Laini Taylor jest jedną z najlepszych współczesnych pisarek młodzieżowej fantastyki. Wiecie, ona naprawdę dobrze pisze i ma niezwykłą wyobraźnię. Marzyciel był po prostu piękny, zachwycający. Czytałam i byłam absolutnie oczarowana - pięknem świata, bohaterami, łagodnym humorem. Widzicie, zresztą podoba mi się, że za przygodową fabułą kryje się sporo prawdy o uprzedzeniach, nienawiści, strasznych konsekwencjach wojny. Gdybym miała narzekać - pod koniec miałam wrażenie, że wróciliśmy na stare, dobrze wytarte szlaki YA fantasy. Niby nigdy z nich do końca nie zeszliśmy, a jednak Marzyciel przez długi czas wydawał mi się w pewien sposób wyjątkowy. Rozwiązanie akcji było jednak troszkę zbyt typowe, zbyt schematyczne. No i Taylor się dla mnie momentami za bardzo zapędza w wątkach romantycznych - wiecie, ona potrafi jeden pocałunek opisywać przez dwie strony, u niej po dwóch spotkaniach to jest miłość na śmierć i życie.
Co tam. To było piękne. To był miód na moje serce. Bardzo chcę drugą część.

POZOSTAŁE STYCZNIOWE KSIĄŻKI

Czyli “już prawie napisałam recenzję”:

Okrutna pieśń, Victoria Schwab

The Cruel Prince, Holly Black

ultramaryna