Małe ogniska, Celeste Ng

Widok na osiedle z góry

Shaker Heights to idealne miasteczko, Richardsonowie są idealną rodziną mieszkającą w idealnym domu na idealnym osiedlu. W tej do bólu poukładanej rzeczywistości pojawia się jednak ktoś nowy. Ktoś Inny. Mia Warren, artystka i samotna matka wynajmuje od Richardsonów dom i jej pojawienie się sporo zmieni w ich życiu.

Celeste Ng udaje się w różnych wątkach odbić jeden problem - kwestie macierzyństwa, tego, kto jest matką, kto nie jest, komu przysługuje opieka i czy dziecko można, w jakiejkolwiek sytuacji, matce odebrać. Te problemy odbijają się echem przez całą książkę, w różnych, pozornie odległych od siebie wątkach. Można by uznać aż takie nagromadzenie tego motywu za trochę naciągane, ale w gruncie rzeczy podobało mi się, jak autorka zegrała to ze sobą, jak potrafiła sprytnie zestawić wiele sytuacji, które w ten, czy inny sposób zahaczały o ten problem.

Bo ogólnie Małe ogniska to według mnie dość przeciętna powieść - Celeste Ng porusza ważkie tematy, ale, jak sądzę, robi to trochę naskórkowo, mimo niewątpliwych prób, brak tu głębszego psychologicznego pogłębienia. Język jest transparentny i przystępny - czyta się bardzo dobrze, ale niewiele z tego zostanie ze mną na dłużej.

To taka klasyczna literatura środka - ważkie kwestie, przystępna lektura. Tym razem znaczy to też dla mnie to, że książka wpadła w taki środek nijakości - wszystko było w porządku, Celeste Ng nie gra fałszywej nuty i prowadzi swoją fabułę z wprawą. Ale nie jest to powieść, przy której obgryzałabym paznokcie z ekscytacji tym, co będzie dalej. Ani taka, przy której zachwyciłabym się skomplikowanymi sylwetkami postaci czy głębokością przekazu.

Być może nie jest to też książka dla mnie. To jedna z tych lektur, po których myślę: “przecież powinnaś była wiedzieć, powinnaś była wiedzieć...”.