Harde baśnie i nie-baśnie. Recenzja antologii

Bardzo ucieszyła mnie zapowiedź Hardych baśni, antologii baśniowych opowiadań stworzonych przez Hardą Hordę, grupę literacką polskich twórczyń fantastyki. Wydaje mi się, że na polskim rynku retelling nie jest aż tak popularny. Lubię śledzić baśniowe tropy i zazwyczaj muszę podążać ścieżkami literatury anglojęzycznej, z której zresztą tylko niewielki procent jest tłumaczony na polski*, a tu niespodzianka, prawie 600 stron pożywki dla baśniożercy.

Niektóre teksty to typowe retellingi, inne po prostu wykorzystują baśniowe motywy, ale nie odnoszą się wyraźnie do żadnej konkretnej historii. Jakoś tak się złożyło, że w tekstach typowo retellingowych króluje takie kryminalne urban fantasy. Taki jest Sen nocy miejskiej Kubasiewicz (Śpiąca królewna), Klątwa Hexenwaldu Jadowskiej (Jaś i Małgosia) oraz Detektyw Fiks i śmierć w czerwonym pokoju Anny Hrycyszyn (Piękna i Bestia). Dwa pierwsze osadzone są w światach podobnych do naszej współczesności, ale podrasowanych magią, u Hrycyszyn klimat jest lekko steampunkowy, w każdym razie świat jest stylizowany na XIX-wieczny. Wszystkie trzy to bardzo porządne rozrywkowe opowiadania, z fajnym klimatem. Wciągają, a ich autorki sprytnie posługują się retellingową konwencją. Raduchowska wzięła z kolei na warsztat Czerwonego Kapturka. Ten tekst lubię mniej, trochę dlatego, że bardzo szybko go przejrzałam i wiedziałam, na czym będzie polegał najważniejszy zwrot akcji. To było tak przewidywalne czy ja się już zbyt wielu wariacji na temat Kapturka naczytałam? Nie wiem, ale tego opowiadania nie ratował ani styl ani klimat. Było przyzwoite, ale do zapomnienia. Mam z kolei problem z oceną tekstu Zielińskiej (Białe), bo jest dobrze napisane i jest tam ciekawy pomysł, ale czegoś mi w nim brakuje. To takie apokaliptyczne Brzydkie kaczątko.

Trudno mi za to za retelling uznać Sześć koszulek z łabędziami Wójtowicz, chociaż już tytuł jasno obwieszcza, z jakiej baśni autorka rzekomo czerpała inspirację. Zabawy materiałem źródłowym jest tu jednak bardzo, bardzo mało. Ten baśniowy motyw wydaje mi się doklejony zupełnie na siłę do historii o zakładzie pracy zatrudniającym zombie. Można by te koszulki z łabędziami zamienić na wiele innych rzeczy, w zależności od tego, do jakiej antologii akurat byłoby potrzebne opowiadanie. Mogłabym wybaczyć, gdyby Sześć koszulek mi się podobało. No ale nie, miało być śmieszne, dla mnie nie było, a poza komediowym potencjałem nie dostrzegłam tam niczego ciekawego.

No i jest całe mnóstwo opowiadań, które nie odwołują się do żadnej konkretnej baśni albo czerpią z wielu naraz. Antologię otwierają i zamykają dwa absolutnie przeurocze teksty. Na początku jest Demon w studni Białołęckiej, na końcu Życzenie wróżki chrzestnej Janusz. Demon od bardzo dawna jest uwięziony w studni, ale nagle zjawia się ktoś, kto chce z nim rozmawiać, opowiadać mu niezwykłe historie i zmienić jego podejście do życia. Dobra wróżka natomiast daje sobie wchodzić na głowę rozpieszczonym księżniczkom, a tymczasem jej samej przydałoby się trochę spokoju. Czego to nie ma w Różach świętej Elżbiety Hałas? Autorka odwołuje się nie tylko do baśni, ale też do opery Wegnera, do żywotów świętych, do mitologii... Ale gdybym miała wybierać, to najlepsze są opowiadania Kańtoch i Kisiel. Kańtoch bawi się motywem doppelgängera, ale też przenikaniem się światów, naszego i baśniowego. I jest to też po prostu świetny tekst o żałobie i samotności. Kisiel sprytnie składa różne motywy, by stworzyć baśń nową, własną. Eksploatuje przy tym tę stronę baśni, której blisko jest do horroru. Jest więc to opowiadanie mroczne, ze zmyślną fabułą, z mrugnięciami do czytelnika. Bardzo, bardzo dobre.

Zazula, kukułeczka moja to z kolei, jak nic, po prostu fanfik Ogniem i mieczem. Tak, jest tam też odwołanie do historii o księżniczce, która uciekając, rzuca za siebie przedmioty (nie znam albo nie pamiętam), ale dobra, dobra, autorka przede wszystkim chciała napisać tekst, w którym Helena woli Bohuna od Skrzetuskiego. To nie jest opowiadanie, jakiego spodziewałabym się po baśniowej antologii, ale jest dobrze napisane (stylizacja całkiem zacna), klimat jest fajny i Nieznaj się tu ogólnie broni.

Nie broni się za to według mnie Chodorowska, w jej tekście baśni jest tyle, co kot napłakał. Tak, jest nawiązanie do folkloru Samów. Brzmi ciekawie? Tylko że nie będzie tu żadnej baśni z dalekiej północy. Będzie jedynie ważna dla fabuły ciekawostka w stylu „Samowie czcili niedźwiedzie polarne”. Tyle, kurtyna. W dodatku wynudziłam się przy tym strasznie. Biorąc pod uwagę to i fakt, że autorka najwyraźniej nie była w najmniejszym stopniu zainteresowana tym, żeby jej opowiadanie pasowało do tematu antologii, uważam, że jest to najsłabszy punkt całej książki.

Jeśli jednak wyciągnę z tego średnią, to wychodzi na to, że są Harde baśnie całkiem dobre. Nie wszystko mi się podobało, ale tak to jest z takimi antologiami. Rzadko je czytam, a przecież to jest świetny sposób na szybki przegląd literackiego rynku. Wiedziałam wcześniej, że lubię Kańtoch, ale teraz wiem też, że warto by w końcu przeczytać Gdzie śpiewają diabły Kubasiewicz, które od dawna czekają na czytniku, że mogę bezpiecznie sięgnąć po Jadowską, jeśli zachce mi się lekkiego urban fantasy albo że może Kisiel ma więcej do zaoferowania niż mi się wydawało (czytałam Dożywocie i Nomen omen kilka lat temu, były sympatyczne, ale to tyle, na więcej nie miałam ochoty, teraz mam).

Ale może najpierw Harda horda?


* Nie wykluczam, że nie ogarniam zbyt dobrze polskiej fantastyki, a książek najczęściej szukam na Goodreads, nic więc dziwnego, że tych polskich znajduję mniej :/ Jeśli znacie jakieś polskie retellingi baśni, to będę bardzo wdzięczna za podrzucenie tytułów (tak, tak, o Wiedźminie wiem).