Fantastyczna zgadywanka. Rozpoznaj literackie smoki

smoki

Pamiętacie jeszcze takie posty z zabawą, która polegała na odgadywaniu, z jakiej książki pochodzi dany fragment? Był taki z oświadczynami/zaręczynami w klasycznych romansach i był z Bożym Narodzeniem w literaturze dziecięcej/młodzieżowej. Mam wrażenie, że te posty były niezłą zabawą i dla mnie, i dla czytelników. Zatem wracam - tym razem ze zgadywanką fantastyczną i pomysłem, by w przyszłości przedstawić Wam więcej tajemniczych magicznych stworzeń.

Ale dzisiaj na pierwszy ogień idą... smoki!

Fragmentów jest siedem. Jeśli wydawało mi się, że jakaś nazwa własna zbyt szybko naprowadzi Was na trop, zostawiałam tylko pierwszą literkę. Rozwiązanie zobaczycie po kliknięciu na "Pokaż odpowiedź". Myślę, że nie będzie trudno, ale powodzenia ;)

1.

– Bardzo rzadko się zdarza – powiedział wreszcie młodzieniec – aby smoki chciały wyświadczyć ludziom przysługi.
– Ale jest rzeczą bardzo zwyczajną – odparł smok – że koty bawią się myszami, zanim je zabiją.
– Ja jednak nie przybyłem tu, aby się bawić, czy też być czyjąś zabawką. Przybyłem, aby dobić z tobą targu.
Szpic smoczego ogona, ostry jak miecz, ale pięciokrotnie od miecza dłuższy, wygiął się łukowato ku górze jak ogion skorpiona ponad pokrytą łuską niczym kolczuga grzbietem smoka, wznosząc się wyżej niźli wieża. Smok przemówił oschle:
– Ja nie dobijam z nikim targu. Ja biorę. Co takiego możesz mi zaofiarować, czego nie potrafiłbym odebrać ci, kiedy tylko zechcę?
– Bezpieczeństwo. Twoje bezpieczeństwo. Przysięgnij, że nigdy nie polecisz na wschód od Pendoru, a ja przysięgnę, że pozostawię cię bez szwanku.
Zgrzytliwy odgłos wydobył się z gardzieli smoka, jak odległy łoskot kamiennej lawiny spadającej pośród gór. Ogień tańczył po jego rozszczepionym na troje języku. Smok uniósł się wyżej, wyłaniając się spośrod ruin.
– Ofiarowujesz mi bezpieczeństwo! Grozisz mi! Czym?
– Twoim imieniem, Yevaud!*



2.

Nasz smok nie pożera dziewcząt, które zabiera, nieważne, jakie historie opowiadają poza naszą doliną. Słyszymy je czasem od przejeżdżających tędy podróżnych. Mówią o tym tak, jakbyśmy składali ofiary z ludzi, a on był prawdziwym smokiem. Oczywiście to nieprawda: może sobie być nieśmiertelnym czarodziejem, ale nadal jest człowiekiem i nasi ojcowie skrzyknęliby się i zabili go, gdyby chciał co dziesięć lat zjadać jedną z nas. On broni nas przed Borem, a my jesteśmy mu wdzięczni, ale nie do tego stopnia*.



3.

Moja poranna rutyna jest skomplikowana i czasochłonna, więc Orma podarował mi zegar quigutlej roboty, który o ustalonej przeze mnie wczesnej godzinie wydawał z siebie mordercze świergotanie. (...)

To był dobry system, za wyjątkiem okazji, kiedy byłam zbyt wyczerpana, żeby nastawić budzik. Obudziłam się przerażona pół godziny przed ustalonym terminem ćwiczeń chóru.

Wysunęłam ręce z rękawów halki i przepchnęłam je przez dekolt, opuszczając lniany strój na biodra jak spódnicę. Wlałam wodę z dzbana do miednicy i dodałam zawartość czajnika, która podgrzała się jedynie odrobinę po całej nocy na palenisku. Miękką szmatką umyłam łuski na ramieniu i w pasie. Łuski nie reagowały na zmianę temperatury, ale to, co spływało w dół, było nieprzyjemnie zimne.

Wszyscy inni kąpali się raz w tygodniu, ale nikt poza mną nie był podatny na roztocza łusek albo drążące chibbety. Osuszyłam się i pośpiesznie zdjęłam z regału słoiczek z maścią. Jedynie pewne zioła rozprowadzane w gęsim smalcu powstrzymywały swędzenie moich łusek – Orma znalazł dobrego dostawcę w Quigowie*.



4.

I rozległ się drugi trzask, głośny i przenikliwy jak grzmot pioruna. Dym zawirował wokół niej, a stos poruszył się. Bale strzeliły w górę, kiedy ogień dotknął ich serc. Usłyszała przeraźliwe rżenie koni i jeszcze głośniejsze okrzyki przerażonych D. Ser J. wołał ją i przeklinał na przemian. Nie, chciała krzyknąć, nie, mój dobry rycerzu, nie martw się o mnie. To mój ogień. Przecież nazywają mnie D., zrodzona w Burzy, córka smoków, oblubienica smoków, matka smoków, nie widzisz? Czy nie widzisz? Buchając jęzorem ognia i dymu trzydzieści stóp w górę, stos zapadł się ostatecznie i runął na nią. D. weszła odważnie w ognistą zawieruchę i zawołała swoje dzieci.

Trzeci trzask był tak donośny, jakby rozpękł się cały świat.

Kiedy ogień zgasł wreszcie, a ziemia ochłodziła się na tyle, by dało się na nią wejść, ser J. odnalazł ją pośród popiołów, szczerniałych kłód, okruchów żaru oraz spalonych kości mężczyzny, kobiety i rumaka. Była naga, pokryta sadzą, ubranie miała spopielone, włosy doszczętnie spalone... ale nic jej się nie stało.

Kremowozłocisty smok ssał jej lewą pierś, zielonobrązowy prawą. Tuliła oba do siebie ramionami. Szkarłatnoczarny spoczywał na ramionach D., długą, krętą szyję zwinął pod jej brodą. Na widok J. uniósł łeb i spojrzał na niego rozżarzonymi jak węgle ślepiami*.



5.

Smok uniknął pchnięcia w delikatnym, zwinnym, pełnym gracji obrocie i zwijając się jak żywa, złota wstęga, błyskawicznie, ale miękko, iście po kociemu, sięgnął łapą pod brzuch konia. Koń kwiknął, wysoko wyrzucając zad, rycerz zakolebał się w siodle, ale nie wypuścił kopii. W momencie, gdy koń prawie zarywał się chrapami w ziemię, smok ostrym pociągnięciem łapy zmiótł Eycka z siodła. Wszyscy widzieli lecące w górę, wirujące blachy pancerza, wszyscy usłyszeli brzęk i huk, z jakim rycerz zwalił się na ziemię.

Smok przysiadając przygniótł konia łapą, zniżył zębatą paszczę. Koń kwiknął przeraźliwie, zaszamotał się i ścichł.

W ciszy, jaka zapadła, wszyscy usłyszeli głęboki głos smoka Villentretenmertha.

– Mężnego Eycka z Denesle można zabrać z pola, jest niezdolny do dalszej walki. Następny, proszę*.



6.

– Panie mają pierszeństwo – rzekł, wyciągając woreczek ku F.

Włożyła drżącą rękę do środka i wyciągnęła maleńką, bardzo dokładną figurkę smoka - walijskiego zielonego. Na jego szyi wisiała mała dwójka. Nie okazała zaskoczenia, raczej rezygnację, i H. wiedział już, że madame M. przygotowała ją na to.

To samo było z K. Wyciągnął szkarłatnego chińskiego ogniomiota z trójką u szyi. Nawet nie mrugnął, tylko wbił wzrok w ziemię.

C. wyciągnął niebieskawoszarego szwedzkiego smoka krótkopyskiego z numerem jeden. Już wiedząc, co pozostało dla niego, H. sięgnął do jedwabnego woreczka i wyciągnął węgierskiego rogogona z numerem cztery. Kiedy na niego spojrzał, smok rozprostował skrzydła i obnażył maleńkie kły*.



7.

Niedługo po tym, jak zgasło światło pierwszego poranka świata, kiedy ptaki wciąż fruwały do nieba i z powrotem, a najpodlejsze istoty lśniły własnym blaskiem niczym święci, bo tak czysty był drzemiący w nich okruch zła, wioska Hangtown uczepiła się grzbietu smoka G., długiego na milę potwora, który – unieruchomiony zaklęciem czarownika, lecz wciąż żywy – władał doliną Carbonales i rządził każdym szczegółem życia jej mieszkańców, przekazując im swą wolę za pośrednictwem niemożliwych do opisania emanacji swojego lodowatego, ważącego wiele ton mózgu. Od barków do ogona większość ciała G. była pokryta ziemią, na której wyrosły drzewa i trawa, i oglądany z niektórych miejsc smok wyglądał jak zwykły element krajobrazu, jedno z wielu wzgórz okalających dolinę. Nie licząc fragmentów cielska, odsłoniętych przez poszukiwaczy łusek, widoczny był tylko kawałek zadu z prawej strony oraz gruba szyja i masywny łeb, przy czym łeb – nawet po tym jak opadł z półotwartą paszczą ku ziemi – sięgał niemal równie wysoko, jak okoliczne wzgórza. Hangtown znajdowało się osiemset stóp ponad dnem doliny, bezpośrednio za płytą czołowo-ciemieniową, która zwieszała się nad nim niczym omszałe urwisko. Wieś składała się z kilkudziesięciu prymitywnych chałup o łupkowych dachach i ścianach ze zmurszałych desek. Rozciągała się nad jeziorem zasilanym przez strumień, który spływał z pobliskiego wzgórza wprost na grzbiet smoka, wciśnięta między wodę i gąszcz czeremch, głogów i karłowatych dębów. Gdyby nie otaczająca ją aura nawiedzenia i tętniąca życiem cisza przywodząca na myśl atmosferę starych ruin, ktoś stojący nad jeziorem mógłby pomyśleć, że ma przed sobą całkiem zwyczajną wiejską osadę, może odrobinę mniej schludną od przeciętnej (wszędzie w Hangtown walały się kości i wnętrzności sykaczy, odłupków i innych lęgnących się w smoku pasożytów), ale całkiem zwyczajną, jeśli wziąć pod uwagę wszechobecną apatię oraz nędzny ubiór i wredny charakter mieszkańców*.

I? Jak poszło? ;)