Czy w tej grze mogą być jacyś zwycięzcy? The Winner's Curse i The Winner's Crime Marie Rutkoski

4 minuty czytania

Nie zamierzałam pisać tej recenzji. Wcale. Serii Marie Rutkoski nawet nie wydano w Polsce i jak na razie nie słyszałam, by miało się to zmienić. Poza tym pisanie o kilku tomach naraz jest dość frustrujące, bo nie chcę zaspoilerować nawet pierwszej części, a przecież mnie w głowie siedzi przede wszystkim ta druga… No ale chyba muszę się wypisać (będzie bez spoilerów). Może się pozbędę kaca książkowego.

The Winner’s Crime wczoraj zniszczyło mnie emocjonalnie.

Początek? Kestrel jest Valorianką, czyli pochodzi z imperium, które podbiło pół znanego świata. Więcej, jest córką generała Trajana, najsłynniejszego przywódcy wojskowego w kraju. Mieszka w Herranie, terytorium, które zostało dziesięć lat temu podbite przez jej ojca. Valorianie, jako zwycięzcy, są tam jakby rasą panów, Herranie stali się niewolnikami. No i Kestrel pewnego dnia jest w mieście, trafia na aukcję i pod wpływem impulsu kupuje butnego niewolnika.

No dobra, nie ściemniajmy, niewolnik ma na imię Arin. I tak, możecie się już domyślić, że to będzie

wielka historia zakazanej miłości.

Raczej nie spodziewałam się, że powieść fantasy YA, która jest w takim stopniu romansem, spodoba mi się tak bardzo. The Winner’s Curse opiera się przede wszystkim na relacji między Kestrel i Arinem. Tak, to oś fabularna, ale ta relacja jest bardzo wyraźnie wpisana w kontekst społeczny i polityczny. Wiele w ich stosunkach wojennej strategii, bo bohaterowie swoje uczucia do siebie nawzajem muszą postawić naprzeciw lojalności wobec własnych państw. Kestrel i Arin grają dalej tymi kartami, które im się trafią - a czasem ta gra jest cholernie niesprawiedliwa. I tak, to wszystko jest dość mocno melodramatyczne (znowu - wydawałoby się, że wręcz zbyt mocno, by mogło mi się podobać), ale jak to jest dobrze zrobione! Shipuję Kestrel i Arina tak mocno, że to aż boli. A właściwie

cała ta seria po prostu boli.

No dobrze, The Winner’s Curse miało może jakiś tragiczny rys, ale The Winner’s Crime jest już zwyczajnie okropne. Jakby nad bohaterami wisiało jakieś fatum, jakby to była właśnie grecka tragedia, w której i tak wszystko doprowadzi do czegoś złego. Widzę logikę w tym, że bohaterowie postępują tak jak postępują, tak, popełniają błędy, ale nie wiem, czy dałoby się ich uniknąć. I Kestrel, i Arin walczą - sami ze sobą i z okolicznościami - ale to walka jakby skazana na niepowodzenie. Czytanie The Winner’s Crime było przerażające i bardzo, bardzo frustrujące. Parę razy miałam po prostu ochotę rzucić książką o ścianę (ale nie, nie, wolałabym nie rzucać moim czytnikiem). Uznajcie to w sumie za plus - ta powieść wywoływała we mnie skrajne, bardzo silne, emocje. Napięcie jest nieznośne. Marie Rutkoski, jesteś brutalna, ale zrobiłaś to wszystko świetnie. Jest jeden szczególnie frustrujący moment w The Winner’s Crime, za który miałabym ochotę kogoś zabić, ale… Uff, oddychaj, Julka, spokojnie. Tak, druga część zniszczyła mnie i złamała mi serce. To być może pierwsza seria młodzieżowa, w której nie jestem pewna w miarę szczęśliwego zakończenia. Mam nadzieję, że takie będzie, bo inaczej coś komuś zrobię. No właśnie, ale

czy z tej gry można w ogóle wyjść zwycięsko?

Czym jest klątwa zwycięzcy? To wtedy, gdy ktoś wygrywa aukcję, ale płaci cenę zdecydowanie większą, niż ta wygrana jest warta. Bardziej niż ekonomia mówi do mnie historia: pyrrusowe zwycięstwo. Wygrywasz, ale koszt tej wygranej jest tak wielki, że… właściwie przegrywasz. Bardzo lubię to, że akcja The Winner’s Curse i The Winner’s Crime jest właściwie wpisana w taką polityczno-wojenną rozgrywkę, że bohaterowie cały czas podejmują jakieś strategiczne decyzje, że cała intryga jest zbudowana trochę jak bitwa do rozegrania. Błędy wiele kosztują, zwycięstwa mogą być pozorne. Każdy ruch musi być świetnie zaplanowany. Ale przecież

Kestrel jest świetnym strategiem.

Mam ten problem z bohaterkami w młodzieżowej fantastyce, że albo są strasznie niezdecydowane (a wtedy nieznośne), albo silne, wojownicze i niezniszczalne, jak trzeba to strzelą z łuku albo powalczą mieczem i w ogóle poradzą sobie w każdej sytuacji. Kestrel nie jest wojowniczką, nie ciągnie jej do armii (chociaż tam bardzo chętnie widziałby ją jej ojciec), nie bardzo wyobraża sobie siebie samą rozlewającą krew. Ale Kestrel walczy, tylko że na swój sposób - sprytem i umysłem. Jest silna i potrafi podejmować trudne decyzje, ale czasem wydaje się bardzo krucha. Potrafi być bardzo opanowana, ale bywa, że emocje biorą górę i Kestrel popełnia błędy. Wierzę w jej inteligencję i spryt, bo póki się da, Kestrel rozgrywa swoje karty najlepiej, jak to możliwe. Ale nawet ona, z talentem do intrygowania i planowania kolejnego ruchu, może czegoś nie dostrzec. Tak, bardzo, bardzo lubię Kestrel.

Marie Rutkoski przy okazji konsekwentnie i sensownie buduje swój świat - nie jest to może wizja bardzo rozbudowana, ale raczej wszystko ma tu sens, ręce i nogi. Pierwsza połowa The Winner’s Curse jest z tego wszystkiego najsłabsza, bardziej sztampowa, ale potem sytuacja obraca się o 180 stopni i… zaczyna się. Zaczyna się pełna smaczków, inteligentna opowieść, o dwojgu ludzi, wojnie, zdradzie i politycznej grze, w której trudno zostać zwycięzcą. The Winner’s Curse i The Winner’s Crime strasznie mnie psychicznie zmęczyły, rozbiły moje serce na kawałki, sprawiły, że chciałam wyrzucić mój czytnik przez okno i załamały mnie kompletnie tym, że trzecia część jest zapowiedziana dopiero na marzec 2016. Kill me. Bardzo polecam, może Wam też się tak spodoba. Ale wtedy będzie bolało. Ostrzegałam.

ultramaryna